maja 2015

3

Mój maly raj czyli Wyspa Frazera i ostatni post z Australii

Posted on piątek, 29 maja 2015

Ostatnio miałam problemy z laptopem wiec byłam zmuszona przejrzeć wszystkie pliki i upewnić się, że w razie czego nie stracę wszystkim moich dokumentów i zdjęć. Co to ma wspólnego z blogiem? Otóż trafiłam na moje zdjęcia z zeszłorocznego wypadu do Sydney i Harvey Bay w Australii, i zdałam sobie sprawę, że na blogu nie wspomniałam o jednym z najpiękniejszych miejsc jakie miałam okazje zwiedzić.


Wyspa Frazera, bo o niej mowa to największa wyspa piaskowa na świecie. Zajmuje ona obszar 1600 km kwadratowych co przekłada się na 120 km długości i ok 25 km w najszerszym miejscu. Jest jednym z obiektów wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na wyspie znajdują się ostatnia wataha psów dingo, które są "czyste genetycznie". Miałam cicha nadzieje  że będziemy mieli okazje jakiegoś zobaczyć ale niestety się nie udało. Przewodnik poinstruował nas co robić w razie takiego spotkania (psy mogą być agresywne i zaatakować jeżeli zostaną sprowokowane) i cały czas przypominano nam zęby nie zostawiać jedzenia nigdzie na widoku a śmieci  wyrzucać tylko w kilku odpowiednio zabezpieczonych miejscach.
Początkowo wcale nie planowałam wyprawy na wyspę. Mój plan obejmował raczej polowanie na wieloryby. Spokojnie, spokojnie - polowanie z aparatem, nie z harpunem ;)  W okolicy jest kilka firm oferujących wycieczki w celu obserwacji wielorybów. Niestety początek listopada jest również praktycznie końcem sezonu migracji tych olbrzymich ssaków wiec nie było gwarancji  że będę miała okazje je zobaczyć. Wtedy postanowiłam że może jednak pojadę na ta wyspę. Mój kochany Rudzielec postanowił zostać na ladzie - sama myśl o ponad godzinnej podróży promem i kilka godzin w autokarze z napędem na cztery kola sprawiła że pozieleniał na twarzy i powiedział mi tylko żebym jechała sobie sama (niestety jest on jednym z tych ludzi którzy cierpią na chorobę lokomocyjną)

Śmieszna sytuacja przydarzyła się na promie - ok 200 osób na pokładzie a ja usiadłam obok pary Polaków ;) Jednak nasi są wszędzie! Po dotarciu na miejsce znalazłam swój autokar i nadszedł czas by rozpocząć nasza mini-przygodę. Na początku przewodnik zabrał nas na spacer po lesie tropikalnym:
Kolejnym postojem była 75 Mile Beach z wrakiem statku SS Maheno. Był to statek nowozelandzki który w 1935 roku został uszkodzony przez cyklon. Nie udało się go uratować ani sprzedać wiec został atrakcją turystyczną. Wrak statku pomału się rozkłada a rdzewiejące elementy stanowią zagrożenie wiec nie należy się za bardzo do niego zbliżać. Statek statkiem, ale popatrzcie na ten piasek i niebo! Przewodnik szybko jednak rozwiał nasze plany o wskoczeniu do wody - ponoć wszystko co żyje w tych wodach może zabić ;)
Kolejny przystanek to Kolorowe Piaski czyli formacja skalna która mi akurat mało zaimponowała. Ot takie zwykle skałki. Przez chwile nawet sobie pomyślałam że może nie warto było wydawać tyle kasy na ta wycieczkę... Kolejny postój tez był taki sobie. Zatrzymaliśmy się przy strumieniu Eli. Fajna opcja był spacerek w głąb "buszu" i potem powrót własnie tym strumykiem - woda sięgała akurat tak do pasa, potem można było się pluskać w rozlewisku. Mieliśmy na to godzinę, ale dla mnie było to stanowczo za długo - pewnie dlatego że byłam sama, a częściowo tez ponieważ mój organizm bym wciąż w nowozelandzkiej strefie czasowej czyli 3 godziny do przodu i po prostu byłam głodna! Dla mnie był czas na lunch, a nasza wycieczka przewidywała lunch ok godziny 13. Wiadomo - Polak głodny Polak zły ;)
Eli Creek:
Lunch zjedliśmy w miejscowym resorcie i pojechaliśmy dalej - w kierunku jeziora McKenzie. I powiem Wam - kąpiel w tym jeziorze była warta każdych pieniędzy! Krystalicznie czysta woda o trochę niższym niż normalne pH, o idealnej temperaturze... Nie zimna, ale wciąż orzeźwiająca. Oddaliłam się trochę od grupy i miałam swój mały prywatny raj! Mogłabym się tam pluskać codziennie! Był to nasz ostatni postój wiec po ponad godzinie niestety musieliśmy ruszać w kierunku promu.

Ufff, obiecuje - więcej Australii nie będzie na blogu. No, przynajmniej przez jakiś czas. Większa podróż szykuje się nam w przyszłym roku wiec w tym chyba będą tylko jakieś lokalne wycieczki.

Poza tym stwierdziłam że ostatnio bardzo mało mnie tu było. Na tyle mało że dostałam opieprz od znajomego, że nic nie pisze. W międzyczasie dostałam tez kilka mejli od czytelników wiec okazuje się że ktoś tu zagląda. Nie powiem - zmotywowało mnie to trochę do działania. Pomysły na posty są, czas się tez znajdzie - muszę się tylko wyrwać z jesienno-zimowego marazmu. Ostatnio moje wieczory spędzam przed kominkiem z grzańcami i ciężko przekonać samą siebie że "może coś bym dzisiaj zrobiła?" Ale mam nadzieje że zepnę tyłek i będę się tutaj pojawiała częściej :)