października 2013

0

Wizyta w Marae

Posted on sobota, 26 października 2013

Kilka dni temu miałam okazję odwiedzić maoryskie marae, gdzie mogłam posluchac trochę o ich kulturze i tradycjach. Starałam się zapamiętać jak najwięcej, żeby się tutaj z Wami wszystkim podzielić ;)

źródło

Marae to kompleks budynków należących do wspólnoty maoryskiej. Najważniejszym budynkiem jest Dom Spotkań (Whare hui), zwany także Dużym Domem (Wharenui) lub Domem Rzeźbionym (Whare whakairo). Wharenui sluży jako miejsce spotkań, obrad wspólnoty a także do udzielania ślubów, uroczystości pogrzebowych i innych wydarzeń dotyczących wspólnoty.
Na terenie marae obowiązują pewne zasady- po pierwsze kobiety powinny mieć założone spódnice, sięgające przynajmniej kolan. Po drugie- do marae kobiety wchodzą pierwsze natomiast w wharenui zajmuja one pozycję z tyłu. Obowiązkowo należy też zdjęć buty przed wejściem do budynku.
Do marae należy być zaproszonym - ceremonia powitania nazywa się powhiri. Było dużo spiewania tradycyjnych pieśni oraz trochę przemów z których nie zrozumiałam nic a nic, ale przynajmniej miałam okazję sie dokładnie rozejrzeć ;)

źródło
Wnętrze marae jest bardzo inspirujące i fascynujące! I wszystkie elementy mają znaczenie. Mnie najbardziej spodobały się rzeżbione panele przedstawiające plemiennych przodków. Pomiędzy rezźbami umieszczone są tukutuku czyli wyplatane panele przedstwiające historię danej wspólnoty.  Przedłużeniem rzeźb są ozdobnie malowane panele nazywane też żebrami, łączące się w 'kręgosłupie' na szczycie dachu. Rzeźby, zdobienia i wyplatane panele generalnie przedstawiają historię danej wspólnoty- jak nam to tłumaczyli jest to rodzaj biblioteki plemiennej. Style rzeźbienia, ozdób różnią sie pomiędzy różnymi marae.

Tyle na dzisiaj ale temat maoryskich tradycji bedę kontynuować na pewno bo to dość ciekawy temat :)

3

Kończąc serię- czego w NZ nie lubię...

Posted on czwartek, 17 października 2013

Tak sobie pomyślałam, że skoro było już o tym czego mi brakuje i co lubię w NZ, to wypadałoby by też napisać o tym co mi się tutaj nie podoba. Bo wiecie- NZ zazwyczaj opisuję w superlatywach, ale to wcale nie oznacza, że to kraina mlekiem i miodem płynąca!



  1. Ceny żywności. To że ceny są wyższe niż w PL rozumiem. Rozumiem też fakt, że import towaru na 'koniec świata' też kosztuje. Ale nie jestem w stanie pojąć dlaczego mięso i ryby są tak cholernie drogie! Wody tutaj pod dostatkiem, ryb nie brakuje, a owiec jest więcej niż ludzi, podobnie pewnie jest z bydłem. A ceny takie jakbyśmy byli na księżycu!
  2. Wszechobecnej otyłości. Połowa Kiwusów ma nadwagę, a 1/4 Kiwusów jest otyła - zaskoczeni?  Częstym widokiem tutaj jest duża mama z bardzo dużym dzieckiem w sklepie, a w koszyku chipsy, cola i mrożone dania w 3 minuty. I żeby nie było- nie mówię tu o lekkiej nadwadze czy masywnej budowie ciała, ale o osobach,  które ledwo chodzą, zajmują 2 miejsca w autobusie czy pociągu czy mają problemy z np. przejściem przez drzwi bo się po prostu nie mieszczą. A to nie jest niestety rzadki widok.
  3. Niechlujność. W poprzednim poście pisałam o tym, że lubię kiwuski luz. Niektórzy niestety przesadzaja z tym i przekraczają granice schludności. Bo cokolwiek człowiek zakłada na siebie wg mnie powinno być czyste i bez dziur. A tutaj widuję często kobitki w dziurawych rajstopach czy facetów w brudnych koszulkach.  Podarte spodnie? Czemu nie? Buty, które się rozpadają? Jak najbardziej! A chodzenie baz butów już kompletnie nie rozumiem i zawsze się wkurzam jak mój chłopak tak robi....
  4. Kierowcy. Wiecie po co są kierunkowskazy w NZ? Po to żeby je włączyć od czasu do czasu, najczęściej w najmniej oczekiwanym momencie, tak dla zabawy. Bo na pewno nie po to żeby zasygnalizować komuś, że chce się skręcić albo zjechać z ronda. Światła to też kolejny niepotrzebny gadżet, a honor wymaga tego, żeby zrobić co tylko się da żeby Cię nikt nie wyprzedził- nie ważne, że jedziesz 40 km/h na  drodze z limitem 80 czy 100km/h. A potem ludzie się dziwia, że boję się tu jeździć!
  5. Imigranci. Nie ma to jak imigrantka narzekająca na imigrantów ;) Ja się uznaję za dobry rodzaj imigranta- lubie kraj, znam język, jestem otwarta na poznawanie nowych ludzi i tak poludzku się asymiluję ;) Natomiast jest tutaj całkiem spora grupa imigrantów z krajów azjatyckich, którzy obracają się tylko w swoim towarzystwie, po angielsku mówią słabo albo wcale i kompletnie nie interesują sie krajem w którym mieszkają. 
I to w sumie tyle :) Pewnie na siłę mogłabym dobić do 10 punktów, ale musiałabym się dobrze zastanowić.

4

Za co kocham Nową Zelandię

Posted on niedziela, 13 października 2013

Wiem, że wpis miał być wczoraj, ale dopadło mnie przeziębienie i mózg odmówił wspólpracy- sklecenie paru zdań było zbyt ciężkie ;) Dzisiaj jest troche lepiej wiec zapraszam do lektury.

Dwa lata temu pełna obaw wyladowałam na nowozelandzkiej ziemii, nie do końca nawet wiedząc czego się spodziewać.  Kraj przerósł moje oczekiwania i na prawdę czuję się tu jak w domu :) A co najbardziej mi się tutaj podoba?


  1. Krajobrazy. Gdziekolwiek się człowiek nie ruszy to widoki są zachwycające. Co ja Wam będę mówić- zdjęcia pokazywane na blogu same o tym świadczą ;)
  2. Urzędy. Po przebojach z polską skarbówką czy urzędem miasta przy załatwianiu malo istotnej sprawy doceniłam tutejsze urzędy. Przez dwa lata bezpośrednio do czynienia miałam jedynie z Urzędem Imigracyjnym i było to całkiem przyjemne doświadczenie- człowiek jest traktowany normalnie, z szacunkiem, a jak się czegoś nie wie to urzednik pomoże i wytłumaczy. W PL nie zawsze... Tutejsza skarbówka sama oblicza podatki, nie ma żadnych deklaracji, wypełniania PIT-ów... Po prostu państwo przyjazne obywatelowi.
  3. Ludzie. Otwarci, przyjecielscy i pomocni. Oczywiście nie każdy i nie wszędzie ale ogólnie rzecz biorąc to ludzie są tutejszym skarbem narodowym :) 
  4. Sklepy i supermarkety. A raczej wybór towaru. Dzięki temu, że mieszka tutaj wielu imigrantów, w sklepach wybór produktów europejskich, azjatyckich czy wyspiarskich jest wręcz zawrotny. I wcale nie kosztują one majątku. Jest też dużo nieznanych mi owoców i warzyw, a to zawsze inspiruje mnie do eksperymentów w kuchni- mniej lub bardziej udanych ;)
  5. Restauracje i knajpy. Kiwusi lubią sobie dobrze zjeść a wybór restauracji, przynajmniej w Wellington przyprawia o zawroty głowy. Od małych chińskich take away'ów, sushi trains, hiszpańskich tapas, hinduskich curry po typowe brytyjskie pieczenice czy wieprzowinę z sosem jabłkowym ;) Mnie zawsze zachwyca różnorodność burgerów, których przygotowywanie urosło w niektórych knajpach do poziomu sztuki.
  6. Zamiłowanie do sportu. Kiwusi dzielą się na otyłych i nieotyłych o czym niedługo napiszę. Ta nieotyła połowa kiwusów uwielbia aktywność fizyczną. Zawsze na ulicy można dostrzeć kogoś biegającego czy na rowerze. Weekendowe wycieczki po górach to norma dla wielu, ewentualnie pozostają też sporty wodne bo dostęp do morza ma tutaj każdy :)
  7. Naturalne kosmetyki. Od jakiegoś czasu interesuje mnie bardziej naturalna pielęgnacja. Wybór kosmetyków bez SLS-ów, parabenów i takich tam jest tutaj niesamowity- czy w aptekach czy w sklepach eco.
  8. Zero presji. Albo inaczej- luz totalny. Nikt tutaj nie dba o to jak wyglądasz, co robisz ze swoim ciałem, włosami i czy może chodzisz po ulicy śpiewając sobie na głos. Wygląd oczywiście liczy się w biurach czy administracji państwowej ale zasady są o wiele mniej rygorystryczne niz w Europie. Nikt cię tutaj nie 'zjedzie wzrokiem' za tatuaż, oryginalną fryzurę, dziurawe spodnie, brak butów czy za gadanie do samego siebie.
  9. Toalety publiczne. Dostępne za darmo, dla wszystkich, czyste i zadbane. Czy to w centrum miasta czy podczas podróży po kraju. Wiem ze to dziwny punkt, ale prawda jest taka, że w PL jeżeli znajdzie się bezpłatne toalety, to czasami lepiej jest tam nawet nie wchodzić... Tutaj też można znaleźć kilka kabin prysznicowych dostępnych dla obywateli, również za darmo ;)
  10. Mieszkania/domy. Przeciętny Kiwus nie potrafi sobie wyobrazić mieszkania na 50 mkw z rodziną czy salonu który jest także sypialnią rodziców- a często to tak wygląda w PL. Tutaj oczywistym jest że ma się jadalnię, przynajmniej jeden salon i często pomieszczenie gospodarcze na pralkę. Tych pomieszczeń nawet nie wlicza się ilości pokoi. Moje mieszkanko/dom jest uznawany za mały, a ma ok 70mkw ;)

6

Za czym tęsknię, czego mi brakuje...

Posted on czwartek, 10 października 2013

Dzisiaj mija dokładnie dwa lata od kiedy to na lotnisku wrocławskim pożegnałam się z rodziną i przyjaciólmi i wyruszyłam do Kiwilandii. O tym co tutaj lubię napiszę w sobotę- w rocznicę przyjazdu. Dzisiaj o tym czego mi tutaj brakuje z Polski :) Nie będę wspominać nawet o najbliższych bo to jest oczywista oczywiwstość!

Wrocławska fontanna


  1. Wrocław. miasto w ktorym spędziłam 30 lat mojego życia i które uwielbiam. Knajpki, kluby, klimatyczne miejsca, mnóstwo znajomych kątów i twarzy...
  2. Drogerie- w PL Rossmany czy Natury są na każdym rogu a tutaj takich typowych drogerii po prostu nie ma... Rolę ich pełnią apteki, ale wybór kosmetyków jest bardzo mały! 
  3. IKEA. Urządzanie się w nowym miejscu byłoby o wiele łatwiejsze gdyby ten sklep był w okolicy. Niestety najbliższa IKEA jest w Brisbane, w Australii.
  4. Sok bananowy. Taka fanaberia- dopadłam wiśniówkę w sklepie, a ta najbardziej mi smakuje właśnie z sokiem bananowym... mogę sobie pomarzyć.
  5. Łatwość podróżowania. - trochę kasy, bilet z Rayanaira, kilka godzin i jesteśmy w Rzymie czy Londynie. Tutaj najbliższy ląd to Australia albo wyspy ( Samoa, Rarotonga czy Niue) a ceny biletów niestety często powalają na kolana.  Stąd wszystko jest daleko.
    Polska złota jesień
  6. Bezpłatna opieka lekarska. Jak przyszło mi zapłacić 75$ za wizytę u lekarza to zatęskniłam za moją przychodznią w PL. Teraz jest już lepiej bo od kiedy dostałam drugą wizę opłata zmniejszyła się do 50$ ale to wciąż sporo. Bezpłatnie mogą się leczyć dzieci do 6 roku życia a seniorzy i osoby bezrobotne/na zasiłku mają zniżki. Plus: brak kilometrowych kolejek do lekarza minus: niestety nie każdego zawsze stać na wizytę :/
  7. Bezpłatna edukacja wyższa. Studia tutaj to wydatek rzędu 25-40 tys dolarów. Mowa o licencjacie, magister to kolejne tysiaki...A studenci międzinarodowi ( bez rezydencji) płacą 3-4 razy więcej! Na szczęście kredyty na studia są ogólnodostępne, na bardzo korzystnych warunkach i przyznawane bez większych problemów. Podobnie jak 'kieszonkowe' na życie. 
  8. Jedzenie.  O białym serze mogę pomarzyć, pierogi ruskie robię z mieszanki serka wiejskiego z serkiem typu Philadelphia ;) Wędliny tutejsze do mnie nie przemawiają chyba że kupowane u rzeźnika ( jest też tutaj dwóch którzy mają w ofercie polskie kiełbasy i wędliny, ale rzadko mam okazję być w ich okolicy). Grzyby świeże to tylko pieczarki, a suszone to jakiś azjatycki miks, kapusta kiszona pakowana w puszki i mało kwaskowa... Na szczęście nie jestem jedną z tych osób które cały czas muszą jeść polskie produkty, więc przeszkadza mi to tylko czasami.
  9. Jagody. Prawdziwych borówek tutaj nie dostanę- co najwyżej borówki amerykańskie ale to nie to samo. Truskawki, te jagody czy maliny sprzedawane są w malutkich plastikowych pojemniczkach w zawrotnych cenach - a nie jak w PL na kilogramy. 
  10. Wyraźne pory roku. Upalne lata, kolorowe jesienie,mroźne białe zimy i delikatne i kolorowe wiosny w PL. Tutaj? Niewielkie rożnice temperatur, dużo roślin zimozielonych i czasami ciężko jest stwierdzić jaką porę roku tak naprawde mamy.
Takiej zimy mi tutaj trochę brakuje

0

Hokey Pokey

Posted on czwartek, 3 października 2013

Miały być zdjęcia z krótkiego pikniku, ale pojawił się problem- wszystkie moje zdjęcia chwilowo są dla mnie niedostępne. Będzie więc dzisiaj o hokey pokey- nowozelandzkim przysmaku uwielbianym przez tutejsze dzieci (i pewnie dorosłych też). Hokey pokey to chrupiąca pianka zrobiona z toffee- bardzo lekka, słodka, z posmakiem palonego cukru. Czasami je się tę piankę "na sucho" ale częściej można ja spotkać oblaną czekoladą lub jako kawałki w lodach :) 


źródło
Polecam kliknąć w źródło- podany jest tam przepis, krok po kroku i kilka dobrych rad. Dla leniwych przepis podaję też tutaj- banalny ( jeśli ma sie golden syrop), więc warto spróbować.


5 łyżek cukru/cukru pudru
2 łyżki golden syrop (gęsty syrop zrobiony z cukru- można zastąpić płynnym, złocistym miodem)
1 łyżeczka sody oczyszczonej

Cukier i syrop wspyać/wlać do garnka, doprowadzić do wrzenia, mieszając aż do rozpuszczenia cukru. Gotować przez kolejne 2 minuty, mieszając co jakiś czas żeby się nie przypaliło. Zdjąć z ognia i dodać sodę- mieszanka bardzo szybko się spieni. Wlać do foremki na ciasto, uprzednio wysmarowanej masłem/margaryną. Ostudzić, połamać/pokroić na kawałki i delektować się smakiem naszego hokey pokey :)