lutego 2014

0

Rowerowo - część druga :)

Posted on piątek, 28 lutego 2014

Druga porcja zdjęć z wycieczki rowerowej w Queenstown :)

Dojechaliśmy do Old Shotover Bridge, gdzie zrobiliśmy sobie krótką przerwę na zdjęcia i podziwianie widoków. Historia tego mostu jest dość ciekawa (mówiłam Wam, że mam zboczenie mostowe?) Most został zaprojektowany w 1909 r. przez Jamesa Edwarda Fultona. Po przejściach z nierzetelnymi przedsiębiorcami konstrukcja została zakończona 14 kwietnia 1915r. Sam most miał 172,5 m długości. Piszę 'miał' bo stracił on na znaczeniu jako szlak komunikacyjny. Przez lata stanowił jedynie podporę dla rur i niestety uległ zniszczeniu. Na szczęście postanowiono go odbudować. Projekt zakończono w 2005 r. a most stanowi teraz część Queenstown Trail i wykorzystywany jest przez rowerzystów i piechurów.

Dla tych widoków warto było się męczyć na rowerze ;)

1

Below Zero - bar lodem skuty

Posted on poniedziałek, 24 lutego 2014

O barach i hotelach lodowych już wcześniej słyszałam, nie miałam jednak okazji w żadnego odwiedzić i też jakoś mnie za bardzo też nie korciło. Ale przechodząc obok baru Below Zero w centrum Queenstown stwierdziłam, że w sume to czemu nie? I nie żałuję :)

Bar lodowy jak sama nazwa wskazuje jest zrobiony z lodu. Na wejści dwie przesympatyczne dziewczyny wyjaśniły nam co i jak. Za wstęp (20$) i pierwszą rundę drinków(9-13$) płacimy przed wejściem. Cena drinkow nie odbiega od cen w innych zwykłych barach co jest na plus. Przed wejściem dzieweczyny dały nam kurtki i rękawiczki, a w razie jakbyśmy mieli sandały/japonki dostępne były też buty - takie pseudo Uggi. 
Po wejście zobaczyliśmy lodowy żyrandol, sporo rzeźb, kominek z lodowym drewnem i płomieniem, siedzenia, stoły itp... Zresztą zobaczcie sami:
Szklanki, jak przystało na bar lodowy, też zrobione są z lodu. Należy je ostrożnie trzymać aby się nie wyśliżgnęły. Rękawiczki które dostaliśmy miały też takie anty-poślizgowe kropeczki.
Drinki były przepyszne. Do wyboru było kilkanaście rodzaji drinków, koktajli i moktajli- zarówno słodkich i tych bardziej wytrawnych. Są dostępne też opcje bezalkoholowe.Wszystkie o 'lodowych' nazwach. Na zdjęciu Igloo i Arctic Penguin. W Below Zero można zorganizować imprezę firmową albo urodziny dziecka ;)
Tutaj nasi 'chłopcy' postanowili sobie pograć w coś czgo nazwy nie pamiętam ani po polsku, ani po angielsku ;) Po jakiś 30 minutach zrobiło się nam trochę zimno i stwierdziliśmy, że wrócimy tutaj później. Kolejną rzeczą na plus - kiedy wróciliśmy po kilku godzinach nie musieliśmy ponownie płacić za wstęp. Tak wogóle to w Queenstown można znaleźć dwa ice bary i myślę, że warto jest zajrzeć chociaż do jednego z nich.


0

Rowerami przez Queenstown. Część I

Posted on środa, 19 lutego 2014

Część pierwsza, bo okazało się, że mam całkiem sporo zdjęć z tej wyprawy którymi chcę się z Wami podzielić ;) Tak ciężko jest mi się ograniczyć w tej sprawie.
Pierwszego dnia podczas spaceru wypatrzyliśmy z moim Rudzielcem wypożyczalnię rowerów i uknuł się nam w głowie pewien plan. Na szczęście nasi znajomi, którzy do nas dołączyli są w większości bardzo aktywni, więc jak tylko usłyszeli o rowerach to byli na tak. Wynajęliśmy 6 rowerów i tylko się za nami kurzyło. Cała przyjemność nie była też aż tak droga - za całodniowe korzystanie z roweru przemiła pani zażyczyła sobie ok 30$. Dołożyła nam też mapy. Nie wiedzieliśmy na ile kilometrów możemy sobie pozwolić, bo żadne z nas od wieków nie było na rowerach. Postanowiliśmy po prostu podążać szlakiem i co jakiś czas sprawdzać jak tam nasza kondycja.
Niedaleko Frankton
Podążaliśmy tzw. Queenstown Trail - czyli ściężką rowerową ciągnącą się w przepięknych okolicach miasta. Całość ma ponad 110 km a podzielona jest na kilka różnych ścieżek o różnym stopniu zaawansowania. My zrobiliśmy tylko pierwszy odcinek o długości ok 28 km co nie jest złym wynikiem, biorąc pod uwagę wzniesienia, które musieliśmy pokonać i brak odpowiedniego przygotowania ;)
Zła trasa - musieliśmy się wracać, na szczęście tylko kawałeczek
Nasza trasa prowadziła najpierw wzdłuż jeziora gdzie dojechaliśmy do Kawarau Falls Bridge, który mostem wcale nie jest ;) Jest to tak naprawdę tama na której powstała droga. Tutaj widok z tamy.
Widok z Kawarau Falls Bridge
Od tego momentu zaczęliśmy podążać wzdłuż rzeki... Kawarau (po maorysku oznacza to miejsce z wieloma krzewami). Tutaj też mogliśmy napawać się przepięknymi widokami na góry, których nazwy nie udało mi sie znaleźć.
Dowód rzeczowy ;)
Oczywiście nie mogło zabraknąć owiec - w Nowej Zelandii są wszędzie!
 Kilka widoków na rzekę i naszą ścieżkę.
A tutaj miejsce w którym się zatrzymaliśmy na odpoczynek. Pół godziny taplania sie w przejrzystej wodzie, puszczanie kaczek, ponowne posmarowanie się kremem przeciwsłonecznym i napawanie się widokami pozwoliły nam odzyskać siły na dalsze pedałowanie.

Tyle na dzisiaj. Część druga już wkrótce!

2

Najlepsze burgery w Nowej Zelandii!

Posted on sobota, 15 lutego 2014

Queenstown chyba już zawsze będzie mi się kojarzyć z dobrym jedzeniem. Jak to na miejscowość turystyczną przystało wybór restauracji i knajp jest porażający. Jednak miejscem do którego poszliśmy w pierwszej kolejności i do którego wracaliśmy kilka razy jest FERGBURGER. Serwują tu najlepsze burgery w Nowej Zelandii! Wiem, że po polsku przyjęła się nazwa 'hamburger' jako nazwa dania, ale dla mnie hamburger to burger z szynką i zamierzam stosować bardziej poprawne znaczeniowo 'burger'.
Fergburgera jest bardzo łatwo znaleźć. Wystarczy przejść się główną ulicą i znaleźć miejsce z największą kolejką. Ponoć przed godziną 10 rano nie ma kolejek, zmniejszają się one też w godzinach wieczornych. Czas oczekiwania w kolejce do zamówienia waha się ok kilku do kilkunastu minut, na same burgery czeka się średnio 10-20 min chyba, że jesteśmy w godzinach szczytu.
Samo wnętrze nie jest duże więc najlepiej jest wziąć zamówienie na wynos i pójść do okolicznego parku albo na wybrzeże :) W ciągu dnia łatwo jest wypatrzeć sporo tego typu torebek w mieście.
 Pierwszego dnia popelniliśmy klasyczny błąd nowych turystów - do burgera dokupiliśmy frytki i krążki cebulowe. Były przepyszne, ale wraz z burgerem to niestety już za dużo dobrego. Nawet bardzo głodni nie byliśmy w stanie dokończyć wszystkiego. Frytkami obdarowaliśmy chłopca, który przechodził obok nas - bardzo się tym ucieszył :)
Burgery były przepyszne! Nie wiem czy to zasługa wypiekanych w sąsiadującej piekarni bułek, świeżych warzyw, pysznego mięska czy sosów, ale naprawdę są to najlepsze burgery jakie jadłam. Do tej pory prym wiodły portugalskie burgery z malutkiej knajpy o nazwie Ramona w Aveiro, ale Ferg bije je na głowę!

Do wybory jest kilkadziesiąt różnych smaków. Burgery z wołowiny, kurczaka czy dziczyzny a także opcje wegetariańskie z tofu. Oprócz burgerów można to dostać wspomniane już frytki, krążki cebulowe i krążki z kałamarnic. Można też zjeść śniadanie. A jak kogoś chwyci wielki głód to może się pokusić o "Big Al" - burgera 'ze wszystkim' do tego z podwójną porcją mięsa. W naszej grupie mój chłopak odważył się go zamówić i nawet go zjadł całego ;) Jak mozecie zobaczyć na ostatnim zdjęciu oficjalny rekord w jedzeniu Big Ala wynosi nieco 1.43 minuty! Nie wiem jak to możliwe! No i uważam to za marnowanie dobrego jedzenia- połykając je w całości na czas nawet nie ma się czasu na delektowanie się smakiem!



Fergburger zdecydowanie jest "MUST VISIT" w Queenstown i jeżeli kiedys będziecie mieli okazję tam być to na pewno nie pożałujecie!

1

Queenstown

Posted on czwartek, 13 lutego 2014

Kia ora! Dawno, dawno temu, jeszcze w czasach kiedy o Nowej Zelandii wiedziałam tyle co nic, miałam okazję pracować z turystami. Częśto zadawałam im pytanie- jakie jest twoim zdaniem najpiękniejsze miejsce na świecie. Kilka razy usłyszałam w odpowiedzi, że jest to nowozelandzka Wyspa Południowa. Na wyprawę w tamte okolice szykowałam się od samego przyjazdu do NZ, ale okoliczności zazwyczaj były niesprzyjające. Na szczęscie jakieś 7-8 miesęcy temu odwiedził nas kolega i oznajmił, że się zaręczył i że ślub będzie w Queenstown :) W poniedziałek wróciliśmy z prawie tygodniowego wyjazdu więc przez następne kilka tygodni będę się z Wami dzieliła wrażeniami właśnie z tej wycieczki!


Queenstown to niewielkie miasteczko (ok 13 000 mieszkańców) położone w regionie Centralnego Otago, w południowo-zachodniej części Wyspy Południowej. Dlaczego takie małe miasteczko przyciąga tłumy? Otóż położone jest w malowniczej okolicy! Samo miasto założone zostało na brzegu jeziora Wakatipu, a otoczone jest pasmami górskimi i wzgórzami. Tutaj nie ma brzydkich widoków ;)

Widok na miasto 
Miasto historycznie zasłynęło ze złota. W 1862 roku w rzece Arrow odkryto złoto i rozpoczęła się 'Gorączka Złota'. Do dzisiaj w miasteczki Arrowtown można oglądać oryginalne budynki z tego czasu. Nazwa "Queenstown" pochodzi prawdopodobnie od stwierdzenia, że miasto jest odpowiednie dla samej królowej Wiktorii.


Miasto jest nieoficjalną turystyczną stolicą Nowej Zelandii i nastawione jest właśnie na turystów. Głównymi atrakcjami są sporty ekstremalne - można przebierać w skokach na spadochronie, kilkunastu różnych rodzajach bungy (od tych 40 metrowych po takie 160-metrowe!), swingach - podobnych do bungy, tyle że nie skacze się w dół tylko 'huśta' się nad kanionem, loty na lotniach i paralotniach, także tych przyczepionych do motorówek - tzw. parasailing, wszelakie sporty wodne... Ciężko mi tutaj wymienić wszystkie tego typu atrakcje oferowane na miejscu. Poza tym Queenstown to raj dla miłośników sportów zimowych. W zimie można nacieszyć się nartami i snowboardem na jednym z licznych wyciągów. A dla osób niezainteresowanych intensywnymi przeżyciami zawsze zostają spacery, jazda na rowerze i rejsy statkiem :)


Wprowadzenie uznaję za zakończone i zapraszam za kilka dni na kolejne posty :)